Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mała czarna społecznościowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mała czarna społecznościowa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 listopada 2011

Mała czarna społecznościowa™ - Indyki i „Black Friday”

Tym razem nie siedzę sobie w jednej z washingtońskich kawiarenek, ponieważ jest ważne amerykańskie święto – Thanksgiving.
To wcale nie znaczy, że washingtońskie kawiarenki czy restauracje są puste czy pozamykane. Wręcz przeciwnie, prosperują bardzo dobrze, a na menu jest oczywiście indyk, lub jak mówi Polonia amerykańska – turek (od słowa turkey). Na obiad świąteczny do restauracji przychodzą samotni i wszyscy, którym się nie chce lub nie opłaca urządzać obiadu świątecznego.

Nie będę pisał na temat historii święta Thanksgiving, lub inaczej Święta Dziękczynienia (mój tata nazywał Thanksgiving świętem indyka). Co jest znamienne, to że od Thanksgiving, który zawsze wypada w ostatni czwartek listopada, zaczyna się bardzo intensywny okres przedświąteczny. W sklepach okres ten zaczyna się dużo wcześniej, ale od tego dnia, praktycznie zaczyna się liczenie dni do świąt Bożego Narodzenia.

Apetycznie wyglądające indyki na powyższym zdjęciu, które własnoręcznie upiekłem, jak też cały obiad, wymagają trochę zachodu i bieganiny po sklepach. Nie należy to do przyjemności, jako że w ludzi wstępuje szał świąteczny, pojawiają się gremialnie w sklepach. A miliony indyków w tym dniu traci swoje życie – średnio około 50 milionów każdego roku.
Oprócz jednego indyka – w Białym Domu, któremu, jak nakazuje tradycja, którą wprowadził prezydent Harry Truman, każdy następny prezydent USA daruje życie, właśnie na Thanksgiving.
W tym roku, poraz pierwszy w historii Stanów Zjednoczonych, prezydent Obama darował życie indykowi płci żeńskiej – czyli indyczce.
Co pokrywa się z moją dawno już głoszoną teorią, że gatunek męski, praktycznie na całym świecie jest w głębokiej defensywie i niedługo będzie mocno walczyć o swoje prawa, na modłę ruchów feministycznych, które tak skutecznie spełniały swoją role od początku tego stulecia.

W każdym razie ostra akcja okresu świątecznego, która zaczyna się w ostatni czwartek listopada w kuchni (zwłaszcza w chaotycznej kuchni opanowanej przez ród męski), będzie już trwała do samych świąt. A nasilenie ruchu w sklepach do samego Nowego Roku, a właściwie do pierwszego weekendu po Nowym Roku, gdzie sklepy wciąż mają duże wyprzedaże.

Jak tradycja nakazuje, już w pierwszy weekend po Thanksgiving, zacznie się akcja strojenia domów w światełka i różne inne akcenty świąteczne (niektóre brzydkie i tandetne – mój kolega nazywa te akcenty kulfonami). Przez cały miesiąc dzielnice mieszkalne będą rzęsiście oświetlone, wygląda to bajkowo i bardzo świątecznie.
Jest to dla mnie wciąż dziwne, ale wszystkie światełka i ozdoby na domach znikają już pierwszego dnia po świętach. Gdyby chociaż poczekali do Nowego Roku.

Oczywiście Thanksgiving nie może się obejść bez sławetnego Black Friday, gdzie sklepy się prześcigają w fenomenalnych wyprzedażach, aby tylko zwabić wielkie rzesze konsumentów. Ludzi ogarnia amok zakupów świątecznych. W Black Friday sklepy są otwierane o piątej rano. Ważne jest, aby być pierwszym, bo towary idą bardzo szybko. A dla kupujących jest o co się bić. Jako przykład, Best Buy sprzedawał w tym roku telewizory 42-calowe z płaskim ekranem za jedyne... $200. czytałem, że notebooki można było kupić już od $100. Gry komputerowe, elektronika, artykuły domowe, buty, samochody... wszystko co można sobie wyobrazić.
Przed niektórymi sklepami tworzą się kolejki już w przeddzień Black Friday. Niektórzy koczują całą noc ze swoimi namiocikami, aby jak najszybciej wtargnąć do sklepów.
Apple Computers niestety w to się nie bawią. Ale i na nich przyjdzie sądny dzień.

Pogoda też kooperuje. Wczoraj w dzień w Waszyngtonie było 20 stopni. Dzisiaj też niewiele mniej.

Koncept Black Friday opanowuje cały świat. Kolega z Kanady donosi, że Kanada, która ma swój Boxing Day, może nie będzie mogła się długo oprzeć presji tego „święta konsumenckiego” zapoczątkowanego w USA.
Polska też daleko nie odstaje od tego trendu. Polska wersja Black Friday wchodzi bardzo mocno w obyczaje zakupów świątecznych. Tak że już i w Polsce Boże Narodzenie zaczyna się w listopadzie.

Ale „Black Friday” nie jest już dominującym dniem roku, gdzie sklepy osiągają największe zyski. Technologia nie śpi, obyczaje się zmieniają. A wraz ze zmianami rzesze konsumentów przerzuciły się na zakupy internetowe.
Aby wyjść nowemu trendowi zakupów online, wprowadzono nowe święto konsumenckie, zwane „Cyber Monday”, (Cyber Poniedziałek), które jest ustalone na poniedziałek po „Black Friday”.

W zeszłym roku, po raz pierwszy w historii, sprzedaż internetowa podczas Cyber-poniedziałku, przekroczyła wartość obrotów uzyskanych w czasie sławetnego „Black Friday”.

Wielonarodościowy, wielokulturowy i różnorodny religijnie charakter Stanów Zjednoczonych, spowodował, że Thanksgiving jest najpopularniejszym i chyba najważniejszym świętem w USA. W ciągu czterech dni, miliony Amerykanów podrózuje wzdłuż i wszerz kontynentu aby się spotkać z rodzinami i w gronie rodzinnym podziękować „Opatrzności” za wszystkie dobre rzeczy, które się zdarzyły w ciągu roku.
...tak jak to robili pielgrzymi ponad 300 lat temu.

sobota, 12 listopada 2011

Mała czarna społecznościowa – 11.11.11


Siedząc sobie na wieczornej kawie w jednej z washingtońskich kawiarenek, zauważam że listopad jest chyba sprzyjającym miesiącem do refleksji. Tak jak wspomniałem o tym w felietonie „A Promise Land za jedyne... 9 milionów”, tak również dzisiejszy wietrzny, gwieździsty i chłodny wyż nasuwa refleksje na temat przemijającego czasu.
Jak również zdjęcie, które właśnie otrzymałem od kolegi z Kanady. Kolega widocznie też jakiś refleksyjny. No ale dzisiejszy dzień był dosyć osobliwym dniem kalendarzowym.

Data 11.11.11 uchwycona o godzinie 11:11:11 przypomina nam o bezlitośnie upływającym czasie. Czasie, którego nie da się zawrócić.
Jak również czasie, którego nikt nam go nie zwróci, jeżeli nie przeżyjemy go tak jakbyśmy sobie tego życzyli.

Upływający czas ma inny wymiar dla różnych grup wiekowych. Biorąc jako przykładdwie grupy wiekowe (dla uproszczenia); osoby przed swoimi czterdziestymi urodzinami i osoby po czterdziestce, kwestia upływającego czasu dla grupy wiekowej poniżej czterdziestego roku życia jest bezproblemowo prosty – „it’s all good”. Dla tej kategorii, każda upływająca minuta to życie na pełnych obrotach rozwoju, zakładania rodzin, wychowywania dzieci, edukacji, pracy, rozrywki, i samo-rozwoju.
Sprawa zaczyna się komplikować w drugiej kategorii – po czterdziestce. W tej kategorii zauważamy nagle, bardziej niż kiedykolwiek fenomen upływającego czasu; zauważamy nagle, że czas jest czymś drogocennym.
Wtedy zaczynamy karkołomne kombinacje, co się nam czasowo opłaca a co nie opłaca. Przed czterdziestką, wypicie piwa czy pójście na party: „it’s all good” bez zastanawiania się i żadnych uwarunkowań. Po czterdziestce zaczynamy się zastanawiać i analizować: No tak, ale czy to piwo na pewno będzie dobre w tym miejscu? Czy miejsce będzie ładne i wygodne, dające nam odczucia i bodżce duchowe? Wreszcie czy też towarzystwo jest takie jakiego byśmy się spodziewali?
Po prostu zaczynamy wtedy analizować co się nam opłaca, a co nie z punktu przemijającego czasu.

Niestety życie jest również walką o przetrwanie. Poza tym wiele czasu poświęca się temu, aby po prostu zapewnić, żeby się ono jakoś kręciło, żeby tylko szło do przodu.

Można powiedzieć, że życie każdego z nas składa się z części „uduchowionej” i tej mniej uduchowionej, wręcz bardzo przyziemnej.
Jeżeli któregoś pięknego ranka stwierdzamy nagle, że ta część mniej uduchowiona bierze górę, a współczynnik Inspiracji zaczyna gwałtownie spadać na łeb na szyję, to wtedy zaczyna się panika.

Zwiastuny takiego stanu można szybko i łatwo zauważyć. Jeżeli zaczynamy coraz częściej mówić, że w naszym życiu występuje tak zwana „szarzyzna życia”, jeżeli nagle zabraknie nam czegoś, „co nas kręci”, jeżeli większość drogocennego upływającego czasu zaczynamy przeznaczać na życiowy „maintenance”, czy w końcu jeżeli zapomnieliśmy co oznacza to słowo „Inspiracja”, to może oznaczać że wpakowaliśmy się w karkołomny ‘time warp’, który zjada nam nie tylko czas, ale również naszą młodośc, i nasze możliwości twórcze.

Dlatego być może codziennie wieczorem warto mieć czas na tak zwany rachunek sumienia, gdzie możemy zastanowić się nad przepływającym czasem i ocenić: co się dzisiaj zdarzyło, co było godne uwagi i zostanie zachowane w niezniszczalnym rejestrze, którego ząb czasu nie śmie dotknąć; co było godne uwagi co się zdarzyło wczoraj, tydzień temu, miesiąc temu, rok temu... abyśmy mogli sobie powiedzieć – it’s all good.
Jak również, czy w tym rachunku sumienia przewijają się inne osoby: znajomi, nieznajomi, przyjaciele, osoby bliskie i dalekie, które zapytane o nasze przemijanie czasu również mogły by powiedzieć it’s all good.
I w końcu pytanie, czy pod koniec dnia, który właśnie minął – czy mamy plany, dążenia, i marzenia na jutro, za miesiąc, za rok, aby za rok móc sobie powiedzieć... it’s all good.

...

Dla wyjaśnienia z tym termometrem kolegi z Kanady. Gwoli wyjaśnienia wszystkim popierającym teorię ‘global warming’ Al Gora; Nie, temperatura uchwycona na termometrze to nie temperatura powietrza na zewnątrz, tylko wewnątrz. Temperatura na zewnątrz jest ta druga, tylko po prostu zabrakło skali J

Ale to nie przeszkodziło koledze aby zrobić piękne zdjęcie jesiennej Kanady. Fotografia ta jest jego sposobem powiedzenia na zakończenie dnia... it’s all good.

niedziela, 6 listopada 2011

Mała czarna społecznościowa™ - A Promise Land... za jedyne 9 milionów

Siedzę sobie na wieczornej kawie w jednej z washingtońskich kawiarenek, a szybko zapadający mrok i powoli ale nieubłagalnie wdzierający się chłód listopadowego wieczoru zmusza do refleksji, przenosząc myśli do ciepłych krajów, szumiących palm i uroczych wysepek z piękymi lagunami i nieskazitelnym szmaragdem morza. I w taki marzycielski wieczór, po głowie kołacze się refren znanej piosenki:


Mister, I ain't a boy, no, I'm a man,
And I believe in a promised land
I believe in a promised land...

Wiele zdarzeń prowokuje rozmyślenia o ciepłych wyspach i „Promise Lands”. Kryzys w Grecji, Zuokas, podróze rodaków; również ‘Pragmatyk’ jeden z autorów tego blogu, który udał się wczoraj na piękną wycieczkę po Karaibach, największym statkiem klasy pasażerskiej, Oasis of the Seas – pływające miasto, zabierające 5 000 pasażerów. Pragmatyk w ten sposób stał się pierwszym korespondentem zagranicznym Technochronika.

A co ma kryzys Grecji i Zuokas wspólnego z wyspami – promise lands?
Dla przypomnienia, Zuokas, aczkolwiek nazwisko bardzo greckie, to przebojowy burmistrz miasta Wilna, który zdobył sławę na całym świecie likwidując problem nielegalnego parkowania w Wilnie – opancerzonym transporterem.
Otóż Zuokas rozpoczął bardzo poważną inicjatywę zbiórki pieniędzy na zakup jednej z greckich wysepek. Kryzys grecki zmusił tamtejszych posiadaczy dóbr ziemskich, do sprzedaży lub dzierżawy wysp greckich. Podobno ceny niektórych wysepek są śmiesznie niskie, zaczynające się od 2 milionów dolarów, co dla bardzo wielu osób w tym kraju (USA) to śmiesznie mała kwota. Zuokas rozpoczął akcję zbiórki pieniędzy w gronie businesmanów wileńskich aby zakupić jedną z wysp, za 9 milionów i zbudować tam ośrodki turystyczne dla Litwinów.

Pierwsze moje zetknięcie z ciepłem tropiku i szumem palm mało co nie przypłaciłem życiem (podobno). Otóż lata temu, będąc w podróży (business trip) na Florydzie, cała nasza grupa zamieszkała w West Palm Beach, w małym, niepozornym motelu, ale za to przy samej plaży. Jako że wtedy mieszkałem jeszcze w zimnej Kanadzie, to ciepło i szum palm w wieczornym wietrze wiejącym z Kuby rozbroił mnie całkowicie, tak że usnąłem przy otwartym oknie i otwartych drzwiach mojego pokoju motelowego.
Rano wszyscy mnie obmacywali, bo nie wierzyli, że jeszcze żyję.

Pragmatyk kiedyś napisał fikcję literacką na temat greckiej wyspy Santorini. Oto krótki cytat:

Z tego wykładanego ciemną niebieską terakotą tarasu z balustradą z białych kamiennych kolumienek, obsadzonego pnącymi różami i kwitnącymi agawami, małego prywatnego pensjonatu na zachodnim brzegu greckiej wyspy Santorini, widać jak pięknie zachodzi słońce za grzbiety wzgórz sąsiedniej wyspy Thisatia, która jest znacznie mniejsza od Santorini, a pod nią leżą podobno zatopione w morzu resztki antycznej Atlantydy.

Santorini, Thisatia, Barbados, Sardynia...

Znamienne jest to, że czy to Litwin, czy Polak, Amerykanin, czy Kanadyjczyk, każdy ma swoją wyśnioną wyspę. Wyspę inspiracji i nadziei, gdzie szmaragd morza i błękit nieba spotykają się z pięknem podzwrotnikowych pejzaży, oglądanych przez zmrużone od słońca i wolności oczy, i ciepłym wiatrem zaplątanym bezkarnie we włosy podczas wieczornej bryzy.

...wyspę za którą jest gotowy oddać miliony.

sobota, 29 października 2011

Mała czarna społecznościowa™ – Biały Halloween


Siedzę sobie w cieple przy sztucznym kominku gazowym, na wieczornej kawie w jednej z washingtońskich kawiarenek i patrzę za wirujące za oknem płatki ciężkiego śniegu.

Śnieg w październiku? W Washingtonie, który leży na równoleżniku biegnącym gdzieś między Rzymem a Sycylią?

No niestety. Myślę, że nie tylko czytelnicy mogą tu być zdziwieni, ale również i drzewa. Właśnie okolice Washintonu są w samym środku pięknych kolorów jesiennych, ale wiele drzew jest wciąż całkiem zielonych, tak jak dąb w ogrodzie z tyłu mojego domu.

Pogoda w okolicach Washintonu potrafi być dziwna. Tuż na północ od Washingtonu, właśnie tam gdzie mieszkam, często rozgrywają się dramatyczne zmagania aury. Zmaganie dobrego ze złym. Dobre – ciepłe i wilgotne masy powietrza znad Zatoki Meksykańskiej, często spotykają się złym – zimnym arktycznym powietrzem nadciągającym z Kanady. Ktoś by pomyślał, że do granicy kanadyjskiej jest daleko – całe 900km od Washingtonu. To prawda, ale płaskiego terenu, na którym lodowaty wiatr nie ma się gdzie zatrzymać.
Jedyną naturalną barierą jest Jet Stream – stałe wiatry wiejące z zachodu na wschód, ale oczywiście nie zawsze są one skuteczne.
Taka batalia tuż nad głową gdzie mieszkam potrafi często wyprodukować olbrzymie masy śniegu. Tak jak na przykład podczas ostatniej zimy, gdzie 14-to godzinna zamieć śnieżna produkowała 15cm śniegu na godzinę.
Analiza map okolicy z naniesionymi wektorami zmian temperatury (temperature gradient) często doprowadza do zawrotu głowy. Z doświadczenia zauważyłem, że różnica temperatur między dwoma sąsiednimi miastami oddalonymi od siebie tylko o 15 km często wynosiła aż 10 stopni Celsjusza. Dlatego tak trudno przewidzieć pogodę w tym rejonie, gdzie granica deszczu, śniegu i marznącej mżawki potrafią być tak blisko siebie. A później miliony mieszkańców metropolii przeklina przepowiadaczy, bo albo mają im za złe że straszą niepotrzebnie, albo są w środku klęski żywiołowej, po której przez 3 dni nie można wyjechać ze śniegów z osiedla.

...

Padający śnieg zmusza do refleksji. Właśnie przypomniał mi się artykuł felieton Arta Buchwalda pod tytułem „Pada śnieg”, który czytałem bardzo dawno, jeszcze w komunistycznej Polsce. Zupełnie nie pamiętam o czym był ten felieton, jak też nie mam pojęcia, dlaczego pamiętam właśnie ten felieton?

Może dlatego, że byłem w szoku, odkrywając że w Ameryce też pada śnieg? (bo w tych czasach Ameryka kojarzyła się ze wszystkim co dobre). A może dlatego, że Art Buchwald doskonale uchwycił nigdzie na  świecie niepowtarzalną atmosferę świąteczną Nowego Yorku?

Ale do świąt jeszcze trochę, tak że na razie nie będę się rozwodził.

Tak że na dzisiaj złe zwyciężyło. Ale jakby nie patrzeć, to po prostu wybryk natury. Ale osobiście wolę inne wybryki natury, tak jak pewne noworoczne popołudnie kilka lat temu (tak... 1 stycznia), gdzie temperatura 23 stopnie Celsjusza pozwoliła na otwarcie budy kabrioletu i przejażdżkę na okoliczną górę Sugarloaf Mountain.

Biały Halloween?
Nieee... za dwa dni znowu ma być 19 stopni.

... dobre zwycięży

środa, 26 października 2011

Mała czarna społecznościowa™ - Kapitalizm i społecznościowa neutralność technologii


Siedząc sobie na porannej kawie w jednej z washingtońskich kawiarenek i pisząc nowy artykuł, przysiadła się obok pani, którą częstą widzę w tej kawiarni. Pani również zauważyła, że często tutaj bywam, dlatego rozpoczęła konwersację, opowiadając trochę o sobie. Otóż pani jest już blisko emerytury, ale już nie pracuje, bo nabawiła się jakichś zaburzeń błędnika i ma problemy z równowagą. Mówi że przychodzi tutaj codziennie, a jej wszyscy przyjaciele wiedzą, gdzie jej szukać między 10:00 a 14:00. Dzień kawiarniany zaczyna od porannej prasy, z reguły Washington Post, czasami Washington Times. Przynosi też ze sobą książki do czytania, z reguły literaturę klasyczną. Z reguły siada sobie wygodnie w restaurant booth z siedzeniem na dwie osoby, na którym często wygodnie się rozkłada, aby czasami się nawet zdrzemnąć.
Wcześniej myślałem, że biedna cierpi na insomnię albo coś, albo że mąż lub zwierzęta domowe nie dają jej spać po nocach, a więc przychodzi do kawiarni aby dospać. Ale teraz wiem, że jej drzemka to po prostu nadchodząca fala zaburzeń, która praktycznie wyłączała ją z normalnego funkcjonowania.

Ale nie o tym chciałem pisać. Otóż pani przynosi ze sobą mały komputerek Acer Aspire. Taka mała zabaweczka, w sumie wyglądająca dosyć zgrabnie, i wytrzymująca jej podobno aż 10 godzin bez ładowania baterii. Acer Aspire nie jest w sumie notebookiem, tylko netbookiem, tak jak Lenowo.

Podtrzymując więc konwersację, rzucam hasło, że produkt Apple będzie prawdopodobnie jej następnym zakupem aby iść z biegiem czasu i postępem technologii.

Pani się wręcz oburzyła i powiedziała że absolutnie nie. Powiedziała że Apple jest w samej czołówce na czarnej liście produktów niespołecznościowych, bo wykorzystują bez żadnych skrupułów niewolniczą pracę w krajach trzeciego świata, gdzie ludzie umierają z przepracowania. Mówi, że niestety dzisiaj wiele firm poszło w tym kierunku, wykorzystując niewolniczą pracę, włączając pracę dzieci. Firma Apple należy ponoć do tej ścisłej niechlubnej czołówki.
Jej wybór Acera Aspire był nieprzypadkowy, poprzedzony zbadaniem produktów na rynku, które z nich jest najwyżej w rankingu społecznościowej neutralności.

Historia ta nie jest wcale po prostu historią jednej kapryśnej pani, która sobie wymyśliła, że nie przyczyni się w tym przypadku do popierania niewolniczej pracy w Chinach. Trend wrażliwości społecznościowej w USA robi się tak wielki, że producenci dóbr konsumenckich, i ich marketingowcy nie mogą już pozwolić sobie na chowanie głowy w piasek i udawanie, że to żaden trend.

Trend ten widać na każdym kroku.... inny przykład, pani która przychodzi sprzątać mój dom, ostatnio tłumaczyła mi się gęsto, bo aby coś tam skutecznie zrobić, przyniosła ostatnio jakiś środek który nie jest environmentally friendly czyli nie jest produktem przyjaznym dla środowiska, lub ekoproduktem.

Apple co prawda, wbrew niekorzystnego rankingu społecznościowego pani z kawiarni bije wszelkie możliwe rekordy światowe w zyskach ze sprzedaży swoich produktów konsumenckich. Ale to niekoniecznie musi trwac wiecznie. Depczący im po piętach Google z ich systemem operacyjnym Android, bardzo celnie uderza w nutę społecznościową. Społecznościową piętą Achillesa firmy Apple jest znaczne odstawanie od konceptu „Open Systems”, który z kolei jest przewodnią wytyczną Androida. Według Andy Rubin, senior VP Google, odpowiedzialny za rozwój Androidu, z końcem roku Google wypuści versję 4.0 ICS (Ice Cream Sandwich), która ma być całkowicie otwarta (open sourced).

Wyrokuję, że w przyszłości Apple i inni producenci dóbr konsumenckich będą musieli przejść ciężką walkę, właśnie o status społecznościowy. Do powyżej wymienionych atrybutów społecznościowych: eksploatowanie siły roboczej krajów trzeciego świata i otwartość systemów, należy dodać jeszcze jeden czynnik społecznościowy, a mianowicie „Made in USA”. Społeczeństwo amerykańskie, będąc w środku ciężkiego kryzysu ekonomicznego, zaczyna bardzo jawnie protestować przeciwko firmom amerykańskim, które wyprowadziły się z fabrykami do innych krajów, aby wykorzystać koniunkturę rynku globalnego, osiągając przez to jak największe zyski.
Od autora: należy wspomnieć, że ostatnio w USA podnosi się protest przeciwko mechanizmom globalnego rynku, który oskarżany jest o manipulację, które nie są wolnorynkowe, a przynoszące korzyści poszczególnym krajom (Chiny), lub pojedynczym wielkim korporacjom.

...

A co ma wspólnego kapitalizm czy socjalizm ze społecznościową neutralnością technologii czy też ekoproduktów?

Dopóki trendy społecznościowe narzucane na dobra konsumenckie są sterowane od dołu, czyli wychodzą od konsumentów, wymuszając na rynku wytwarzanie produktów społecznościowo neutralnych lub ekoproduktów, to mechanizm jest czysto kapitalistyczny, pomimo że sam trend społecznościowy może wydać się mało kapitalistyczny. Przykłady: produkty ekologiczne, a więc społecznościowe są z reguły droższe od produktów nieekologicznych. Czy wręcz nawet gorsze produkty, tak jak samochody napędzane elektrycznością, które nie tylko są droższe, ale wciąż technologicznie niedoskonałe i gorsze od klasycznych samochodów benzynowych, dzięki elementowi społecznościowemu mogą uzyskać przewagę rynkową nad produktami tańszymi i lepszymi funkcjonalnie.

Problem zaczyna się wtedy, gdy proces trendu społecznościowego zaczyna być sterowany odgórnie poprzez rządy państw. Przykładem może być tutaj odgórne zarządzenie zabraniające sprzedaż normalnych żarówek elektrycznych jako ekologicznie nieprzyjaznych, i wymuszenie na społeczeństwie, aby kupowali trzykrotnie droższe żarówki wykonane przy użyciu nowych technologii, takich jak LED.

Dopóki decyzje, co społeczeństwo ma kupować a co nie pozostawimy społeczeństwu, to w dalszym ciągu pozostajemy w strefie zdrowego kapitalistycznego systemu rynkowego. I wtedy wszystko mi jedno, gdyby nagle Apple lub Mercedes miały upaść, bo nie podążały za trendami społecznościowymi.

Ale jak tylko decyzje te zaczynają być narzucane odgórnie, to wtedy powoli zaczyna wkradać się socjalizm.

i tego wielu przywódców rządów wielu krajów nie może pojąć... albo i mogą, ale nie chcą odpuścić i zrezygnować ze swoich super-powers i kontroli nad wszystkimi aspektami naszego życia.