Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 listopada 2011

Mała czarna społecznościowa – 11.11.11


Siedząc sobie na wieczornej kawie w jednej z washingtońskich kawiarenek, zauważam że listopad jest chyba sprzyjającym miesiącem do refleksji. Tak jak wspomniałem o tym w felietonie „A Promise Land za jedyne... 9 milionów”, tak również dzisiejszy wietrzny, gwieździsty i chłodny wyż nasuwa refleksje na temat przemijającego czasu.
Jak również zdjęcie, które właśnie otrzymałem od kolegi z Kanady. Kolega widocznie też jakiś refleksyjny. No ale dzisiejszy dzień był dosyć osobliwym dniem kalendarzowym.

Data 11.11.11 uchwycona o godzinie 11:11:11 przypomina nam o bezlitośnie upływającym czasie. Czasie, którego nie da się zawrócić.
Jak również czasie, którego nikt nam go nie zwróci, jeżeli nie przeżyjemy go tak jakbyśmy sobie tego życzyli.

Upływający czas ma inny wymiar dla różnych grup wiekowych. Biorąc jako przykładdwie grupy wiekowe (dla uproszczenia); osoby przed swoimi czterdziestymi urodzinami i osoby po czterdziestce, kwestia upływającego czasu dla grupy wiekowej poniżej czterdziestego roku życia jest bezproblemowo prosty – „it’s all good”. Dla tej kategorii, każda upływająca minuta to życie na pełnych obrotach rozwoju, zakładania rodzin, wychowywania dzieci, edukacji, pracy, rozrywki, i samo-rozwoju.
Sprawa zaczyna się komplikować w drugiej kategorii – po czterdziestce. W tej kategorii zauważamy nagle, bardziej niż kiedykolwiek fenomen upływającego czasu; zauważamy nagle, że czas jest czymś drogocennym.
Wtedy zaczynamy karkołomne kombinacje, co się nam czasowo opłaca a co nie opłaca. Przed czterdziestką, wypicie piwa czy pójście na party: „it’s all good” bez zastanawiania się i żadnych uwarunkowań. Po czterdziestce zaczynamy się zastanawiać i analizować: No tak, ale czy to piwo na pewno będzie dobre w tym miejscu? Czy miejsce będzie ładne i wygodne, dające nam odczucia i bodżce duchowe? Wreszcie czy też towarzystwo jest takie jakiego byśmy się spodziewali?
Po prostu zaczynamy wtedy analizować co się nam opłaca, a co nie z punktu przemijającego czasu.

Niestety życie jest również walką o przetrwanie. Poza tym wiele czasu poświęca się temu, aby po prostu zapewnić, żeby się ono jakoś kręciło, żeby tylko szło do przodu.

Można powiedzieć, że życie każdego z nas składa się z części „uduchowionej” i tej mniej uduchowionej, wręcz bardzo przyziemnej.
Jeżeli któregoś pięknego ranka stwierdzamy nagle, że ta część mniej uduchowiona bierze górę, a współczynnik Inspiracji zaczyna gwałtownie spadać na łeb na szyję, to wtedy zaczyna się panika.

Zwiastuny takiego stanu można szybko i łatwo zauważyć. Jeżeli zaczynamy coraz częściej mówić, że w naszym życiu występuje tak zwana „szarzyzna życia”, jeżeli nagle zabraknie nam czegoś, „co nas kręci”, jeżeli większość drogocennego upływającego czasu zaczynamy przeznaczać na życiowy „maintenance”, czy w końcu jeżeli zapomnieliśmy co oznacza to słowo „Inspiracja”, to może oznaczać że wpakowaliśmy się w karkołomny ‘time warp’, który zjada nam nie tylko czas, ale również naszą młodośc, i nasze możliwości twórcze.

Dlatego być może codziennie wieczorem warto mieć czas na tak zwany rachunek sumienia, gdzie możemy zastanowić się nad przepływającym czasem i ocenić: co się dzisiaj zdarzyło, co było godne uwagi i zostanie zachowane w niezniszczalnym rejestrze, którego ząb czasu nie śmie dotknąć; co było godne uwagi co się zdarzyło wczoraj, tydzień temu, miesiąc temu, rok temu... abyśmy mogli sobie powiedzieć – it’s all good.
Jak również, czy w tym rachunku sumienia przewijają się inne osoby: znajomi, nieznajomi, przyjaciele, osoby bliskie i dalekie, które zapytane o nasze przemijanie czasu również mogły by powiedzieć it’s all good.
I w końcu pytanie, czy pod koniec dnia, który właśnie minął – czy mamy plany, dążenia, i marzenia na jutro, za miesiąc, za rok, aby za rok móc sobie powiedzieć... it’s all good.

...

Dla wyjaśnienia z tym termometrem kolegi z Kanady. Gwoli wyjaśnienia wszystkim popierającym teorię ‘global warming’ Al Gora; Nie, temperatura uchwycona na termometrze to nie temperatura powietrza na zewnątrz, tylko wewnątrz. Temperatura na zewnątrz jest ta druga, tylko po prostu zabrakło skali J

Ale to nie przeszkodziło koledze aby zrobić piękne zdjęcie jesiennej Kanady. Fotografia ta jest jego sposobem powiedzenia na zakończenie dnia... it’s all good.

piątek, 11 listopada 2011

Charyzmatycy świata


Steve Jobs był nie tylko znakomitym inżynierem, ale i człowiekiem charyzmatycznym.

Charyzma to cecha ludzi, która im wyznacza cel do którego dążą za wszelką cenę. W przypadku Steve Jobsa, jego charyzma zaowocowała konkretnymi produktami dla ludzi.

Niestety historia uczy, że wielu charyzmatyków z przeszłości, jak i z teraźniejszości, działała i nadal działa na szkodę ludzkości. Hitler, Dzierżyński, Arafat, Bin-Laden byli też charyzmatyczni. Kaczyński też jest charyzmatyczny, co by o nim nie mówić.

Ale wielu innych charyzmę wykierowało w dobrym dla ludzkości i postępu kierunku, jak choćby; Curie Skłodowska, Pasteur, Dr. Judym ( bohater powieściowy), Mother Teresa, JP2, i wielu, wielu innych.

Charyzmatycy maja następujące cechy charakteru: Widzą jasno cel, ale też umieją dookoła siebie wyszukać współpracowników bardzo sprawnych dla realizacji ich celów. Wciskają nos wszędzie, widząc cel końcowy, ale jednocześnie przywiązują wielką uwagę do detali, z których składają się poszczególne etapy danego przedsięwzięcia. Na tym w istocie polega ich geniusz organizacyjny. Charyzmatycy widzą naprzód, wyprzedzając daną epokę, wprowadzając swoje wizje swe wprowadzają w czyn.



Charyzmatykiem nie można się stać, nauczyć tej cechy, ani w sobie tego wypracować. Charyzmatykiem trzeba się urodzić, i resztę życia poświęcić swojej wizji od samego początku do końca, idąc po zakrętach życia, stale dążyć do obranego celu.

Charyzmatyk nigdy nie jest zadowolony z osiągniętego rezultatu. Zawsze widzi trochę dalej niż aktualnie osiągnięty cel i poprawia swe dzieło stale i wciąż. To właśnie dawało postęp Steve Jobsowi jak i Billowi Gatesowi, tworząc nowoczesne firmy i wyroby, które zmieniły świat poprzez powszechne zastosowanie ich produktów w naszym życiu codziennym.

Teraz podejrzewam, że Apple za jakiś czas zacznie powoli upadać, bo właśnie zabraknie tego, czego obecnie po odejściu Gatesa, braknie Microsoftowi – właśnie tego spojrzenia na całość opracowań i równocześnie na detale; jednym słowem koordynacji wysiłków w celu pchnięcia wyrobów na szczyt piramidy doskonałości.

Kończę stwierdzeniem, że charyzmatycy bardziej i szybciej zmieniają świat niż zwykli ludzie...

sobota, 29 października 2011

Mała czarna społecznościowa™ – Biały Halloween


Siedzę sobie w cieple przy sztucznym kominku gazowym, na wieczornej kawie w jednej z washingtońskich kawiarenek i patrzę za wirujące za oknem płatki ciężkiego śniegu.

Śnieg w październiku? W Washingtonie, który leży na równoleżniku biegnącym gdzieś między Rzymem a Sycylią?

No niestety. Myślę, że nie tylko czytelnicy mogą tu być zdziwieni, ale również i drzewa. Właśnie okolice Washintonu są w samym środku pięknych kolorów jesiennych, ale wiele drzew jest wciąż całkiem zielonych, tak jak dąb w ogrodzie z tyłu mojego domu.

Pogoda w okolicach Washintonu potrafi być dziwna. Tuż na północ od Washingtonu, właśnie tam gdzie mieszkam, często rozgrywają się dramatyczne zmagania aury. Zmaganie dobrego ze złym. Dobre – ciepłe i wilgotne masy powietrza znad Zatoki Meksykańskiej, często spotykają się złym – zimnym arktycznym powietrzem nadciągającym z Kanady. Ktoś by pomyślał, że do granicy kanadyjskiej jest daleko – całe 900km od Washingtonu. To prawda, ale płaskiego terenu, na którym lodowaty wiatr nie ma się gdzie zatrzymać.
Jedyną naturalną barierą jest Jet Stream – stałe wiatry wiejące z zachodu na wschód, ale oczywiście nie zawsze są one skuteczne.
Taka batalia tuż nad głową gdzie mieszkam potrafi często wyprodukować olbrzymie masy śniegu. Tak jak na przykład podczas ostatniej zimy, gdzie 14-to godzinna zamieć śnieżna produkowała 15cm śniegu na godzinę.
Analiza map okolicy z naniesionymi wektorami zmian temperatury (temperature gradient) często doprowadza do zawrotu głowy. Z doświadczenia zauważyłem, że różnica temperatur między dwoma sąsiednimi miastami oddalonymi od siebie tylko o 15 km często wynosiła aż 10 stopni Celsjusza. Dlatego tak trudno przewidzieć pogodę w tym rejonie, gdzie granica deszczu, śniegu i marznącej mżawki potrafią być tak blisko siebie. A później miliony mieszkańców metropolii przeklina przepowiadaczy, bo albo mają im za złe że straszą niepotrzebnie, albo są w środku klęski żywiołowej, po której przez 3 dni nie można wyjechać ze śniegów z osiedla.

...

Padający śnieg zmusza do refleksji. Właśnie przypomniał mi się artykuł felieton Arta Buchwalda pod tytułem „Pada śnieg”, który czytałem bardzo dawno, jeszcze w komunistycznej Polsce. Zupełnie nie pamiętam o czym był ten felieton, jak też nie mam pojęcia, dlaczego pamiętam właśnie ten felieton?

Może dlatego, że byłem w szoku, odkrywając że w Ameryce też pada śnieg? (bo w tych czasach Ameryka kojarzyła się ze wszystkim co dobre). A może dlatego, że Art Buchwald doskonale uchwycił nigdzie na  świecie niepowtarzalną atmosferę świąteczną Nowego Yorku?

Ale do świąt jeszcze trochę, tak że na razie nie będę się rozwodził.

Tak że na dzisiaj złe zwyciężyło. Ale jakby nie patrzeć, to po prostu wybryk natury. Ale osobiście wolę inne wybryki natury, tak jak pewne noworoczne popołudnie kilka lat temu (tak... 1 stycznia), gdzie temperatura 23 stopnie Celsjusza pozwoliła na otwarcie budy kabrioletu i przejażdżkę na okoliczną górę Sugarloaf Mountain.

Biały Halloween?
Nieee... za dwa dni znowu ma być 19 stopni.

... dobre zwycięży

sobota, 22 października 2011

Mała czarna społecznościowa™ - You’ve got mail, czyli kawior, gitara i miłość w sieci


Siedząc sobie na porannej kawie w jednej z washingtońskich kawiarenek, zapisuję historię pewnej parki. Opowiedzieli mi ją kilka dni temu, w czasie jak wstąpili do mnie na moment na kawę.

Zanim rozpocznę tą historię, to powołam się na pewien film amerykański, jako wprowadzenie do tematu. Otóż zastanawiałem się czasami nad amerykańską komedią romantyczną z roku 1998 ‘You’ve got mail’ – polski tytuł ‘Masz wiadomość’ z Tomem Hanks i Meg Ryan w roli głównej (to jeszcze za czasów zanim Meg Ryan zepsuła sobie usta na własne życzenie).

Zastanawiałem się w aspekcie statystyki, wysnuwając swoją teorię, że przy takiej olbrzymiej ilości użytkowników internetu, sięgającej pewnie miliardy, statystycznie powinno być możliwe aby naprawdę wydarzyło się podobne „love story”, jak we wspomnianym filmie. Oczywiście od samego początku było dla mnie zrozumiałe, że bezlitosna statystyka nie będzie za bardzo łaskawa aby powtórzyć scenariusz, w którym tak jak na filmie, spotkana osoba na sieci jest multi-milionerem – ale nie o to tu chodzi. W każdym bądź razie, po usłyszeniu tej historii, moja teoria została udowodniona.

Tutaj nadmieniam, że historia ta jest autentyczna. Zamieszczam ją na blogu, tylko dlatego, że mam zezwolenie wspomnianej pary.

Lena i Viktor to rosyjska para, już nie pierwszej młodości, którzy są moimi lokatorami. Otóż okazuje się, że poznali się na internecie, gdzieś tam na rosyjskich czatach. Przez długi czas korespondowali ze sobą na Internecie: na czatach, na Skype, albo przez email. I chociaż mieszkali blisko siebie, to trwało to bardzo długo, bo aż pięć lat zanim się spotkali. Mówiąc blisko, mam na myśli blisko jak na amerykańskie warunki; ona w Pensylvanii, w mieście Philadelphia, on gdzieś w New Jersey – w sumie tylko cztery godziny jazdy samochodem.

Do dzisiaj nie wiadomo czy w ogóle myśleli w tych kategoriach, aby się kiedykolwiek spotkać. Sami zresztą powiedzieli, że nie są pewni, czy którekolwiek z nich to planowało. Obydwoje mieli wystarczającą ilość własnych problemów z małżeństwami, które się właśnie rozpadały.

Ale wydarzenia same pchęły ich do tego spotkania.

Więc zaczęła opowiadać Lena. Otóż pewnego dnia, Lena była bardzo smutna, bo zachorowała jej mama w Rosji, a ona nie miała pieniędzy aby pojechać ją odwiedzić. No i wyżalała się Viktorowi na Skype nad swoim losem, paskudnym rozwodem z mężem po 10-ciu latach, itd.

Dwa dni poźniej, Lena odkryła w swojej poczcie list (w normalnej poczcie), a w środku czek od Viktora na sumę 1 500 dolarów – wystarczającą aby kupić bilet lotniczy do Moskwy. Viktor po prostu nie zastanawiając się długo, mimo tego że nigdy nie widział kobiety na oczy, po prostu wysłał Lenie pieniądze, bez żadnego wyjaśniającego listu.
Lena oczywiście podziękowała przez Internet, i powiedziała, że dług zwróci.

Po powrocie z Rosji, zabrało jej to trochę czasu, aby zarobić i odłożyć te pieniądze. Ale w końcu je uzbierała, i oznajmiła, że się do niego wybiera aby osobiście oddać dług i podziękować za taki honorowy, i jak na dzisiejsze czasy bezprecedensowy uczynek. Lena przygotowała duży koszyk różnych rosyjskich smakołyków, które przywiozła z Rosji i wręczyła Viktorowi w ramach podziękowania.

No i tak to się zaczęło... skwitowała Lena. Nareszcie się spotkaliśmy, po pięciu latach korespondecji na internecie!

Ale ja byłem niepocieszony tym płaskim zakończeniem i się pytam...

No dobrze, no ale co dalej... mieszkaliście osobno oddzieleni od siebie czterogodzinną jazdą samochodem. Jak to się dalej potoczyło; na przykład kiedy mieliście pierwszy seks? – no coż, za dyskretny to raczej nie byłem.

Viktor zaczął się śmiać i mówi, że tego samego dnia. A Lena ciągnie dalej...

No tak, seks był tego samego dnia. Ale mój Viktor zawsze taki skromy, i nie dodał, że to były trzy dni i trzy noce tego seksu. Przez trzy dni i trzy noce nic tylko seks, gitara i grilowanie w ogródku. W tym czasie zjedliśmy wszystkie prezenty, które mu przywiozłam: kawior, wspaniały wiejski smalec, wypiliśmy dobrą rosyjską wódkę, i jeszcze wiele innych rzeczy...

Po tym opowiadaniu Leny, od razu nabrałem szacunku i respektu dla rosyjskiego smalcu, kawioru i mocnej wódki. Faktem jest, że Victor był na początku swoich czterdziestu lat, czyli w kwiecie wieku, Lena kilka lat młodsza – ale mimo wszystko.

Później opowiadali dalej jak to było fajnie: grali, jedli, pili... i grali.

Lena dalej kontynuuje...
Mam nawet zdjęcie z gitarą, na którym jestem tak jak mnie Bozia stworzyła; tylko ja i gitara, która zasłaniała wszystko co powinna zasłaniać...

W tym momencie musiałem popełnić faux pas, niechcąco wyrażając na twarzy niedowierzanie, które pewnie Lena zauważyła. Tutaj muszę nadmienić, że Lena to dziewczyna z naprawdę wielką obfitością cech kobiecych.
Lena nie wytrzymała. Powiedziała tylko, że parę lat temu wyglądała inaczej niż dzisiaj. No i poszła i oczywiście poszukać zdjęcia.
Byłem bardzo zaskoczony, bo nie myślałem, że jest to możliwe aby przykryć gitarą wszystko co trzeba. Ale jednak można.

A Viktor z szelmowskim uśmiechem tylko dodał
Dlatego już dzisiaj zaczęliśmy oszczędzać pieniądze, aby na naszą rocznicę kupić cello (na zdjęciu).

Za co natychmiast dostał na odlew po głowie.

Ale widać było że się kochają