sobota, 22 października 2011

Mała czarna społecznościowa™ - You’ve got mail, czyli kawior, gitara i miłość w sieci


Siedząc sobie na porannej kawie w jednej z washingtońskich kawiarenek, zapisuję historię pewnej parki. Opowiedzieli mi ją kilka dni temu, w czasie jak wstąpili do mnie na moment na kawę.

Zanim rozpocznę tą historię, to powołam się na pewien film amerykański, jako wprowadzenie do tematu. Otóż zastanawiałem się czasami nad amerykańską komedią romantyczną z roku 1998 ‘You’ve got mail’ – polski tytuł ‘Masz wiadomość’ z Tomem Hanks i Meg Ryan w roli głównej (to jeszcze za czasów zanim Meg Ryan zepsuła sobie usta na własne życzenie).

Zastanawiałem się w aspekcie statystyki, wysnuwając swoją teorię, że przy takiej olbrzymiej ilości użytkowników internetu, sięgającej pewnie miliardy, statystycznie powinno być możliwe aby naprawdę wydarzyło się podobne „love story”, jak we wspomnianym filmie. Oczywiście od samego początku było dla mnie zrozumiałe, że bezlitosna statystyka nie będzie za bardzo łaskawa aby powtórzyć scenariusz, w którym tak jak na filmie, spotkana osoba na sieci jest multi-milionerem – ale nie o to tu chodzi. W każdym bądź razie, po usłyszeniu tej historii, moja teoria została udowodniona.

Tutaj nadmieniam, że historia ta jest autentyczna. Zamieszczam ją na blogu, tylko dlatego, że mam zezwolenie wspomnianej pary.

Lena i Viktor to rosyjska para, już nie pierwszej młodości, którzy są moimi lokatorami. Otóż okazuje się, że poznali się na internecie, gdzieś tam na rosyjskich czatach. Przez długi czas korespondowali ze sobą na Internecie: na czatach, na Skype, albo przez email. I chociaż mieszkali blisko siebie, to trwało to bardzo długo, bo aż pięć lat zanim się spotkali. Mówiąc blisko, mam na myśli blisko jak na amerykańskie warunki; ona w Pensylvanii, w mieście Philadelphia, on gdzieś w New Jersey – w sumie tylko cztery godziny jazdy samochodem.

Do dzisiaj nie wiadomo czy w ogóle myśleli w tych kategoriach, aby się kiedykolwiek spotkać. Sami zresztą powiedzieli, że nie są pewni, czy którekolwiek z nich to planowało. Obydwoje mieli wystarczającą ilość własnych problemów z małżeństwami, które się właśnie rozpadały.

Ale wydarzenia same pchęły ich do tego spotkania.

Więc zaczęła opowiadać Lena. Otóż pewnego dnia, Lena była bardzo smutna, bo zachorowała jej mama w Rosji, a ona nie miała pieniędzy aby pojechać ją odwiedzić. No i wyżalała się Viktorowi na Skype nad swoim losem, paskudnym rozwodem z mężem po 10-ciu latach, itd.

Dwa dni poźniej, Lena odkryła w swojej poczcie list (w normalnej poczcie), a w środku czek od Viktora na sumę 1 500 dolarów – wystarczającą aby kupić bilet lotniczy do Moskwy. Viktor po prostu nie zastanawiając się długo, mimo tego że nigdy nie widział kobiety na oczy, po prostu wysłał Lenie pieniądze, bez żadnego wyjaśniającego listu.
Lena oczywiście podziękowała przez Internet, i powiedziała, że dług zwróci.

Po powrocie z Rosji, zabrało jej to trochę czasu, aby zarobić i odłożyć te pieniądze. Ale w końcu je uzbierała, i oznajmiła, że się do niego wybiera aby osobiście oddać dług i podziękować za taki honorowy, i jak na dzisiejsze czasy bezprecedensowy uczynek. Lena przygotowała duży koszyk różnych rosyjskich smakołyków, które przywiozła z Rosji i wręczyła Viktorowi w ramach podziękowania.

No i tak to się zaczęło... skwitowała Lena. Nareszcie się spotkaliśmy, po pięciu latach korespondecji na internecie!

Ale ja byłem niepocieszony tym płaskim zakończeniem i się pytam...

No dobrze, no ale co dalej... mieszkaliście osobno oddzieleni od siebie czterogodzinną jazdą samochodem. Jak to się dalej potoczyło; na przykład kiedy mieliście pierwszy seks? – no coż, za dyskretny to raczej nie byłem.

Viktor zaczął się śmiać i mówi, że tego samego dnia. A Lena ciągnie dalej...

No tak, seks był tego samego dnia. Ale mój Viktor zawsze taki skromy, i nie dodał, że to były trzy dni i trzy noce tego seksu. Przez trzy dni i trzy noce nic tylko seks, gitara i grilowanie w ogródku. W tym czasie zjedliśmy wszystkie prezenty, które mu przywiozłam: kawior, wspaniały wiejski smalec, wypiliśmy dobrą rosyjską wódkę, i jeszcze wiele innych rzeczy...

Po tym opowiadaniu Leny, od razu nabrałem szacunku i respektu dla rosyjskiego smalcu, kawioru i mocnej wódki. Faktem jest, że Victor był na początku swoich czterdziestu lat, czyli w kwiecie wieku, Lena kilka lat młodsza – ale mimo wszystko.

Później opowiadali dalej jak to było fajnie: grali, jedli, pili... i grali.

Lena dalej kontynuuje...
Mam nawet zdjęcie z gitarą, na którym jestem tak jak mnie Bozia stworzyła; tylko ja i gitara, która zasłaniała wszystko co powinna zasłaniać...

W tym momencie musiałem popełnić faux pas, niechcąco wyrażając na twarzy niedowierzanie, które pewnie Lena zauważyła. Tutaj muszę nadmienić, że Lena to dziewczyna z naprawdę wielką obfitością cech kobiecych.
Lena nie wytrzymała. Powiedziała tylko, że parę lat temu wyglądała inaczej niż dzisiaj. No i poszła i oczywiście poszukać zdjęcia.
Byłem bardzo zaskoczony, bo nie myślałem, że jest to możliwe aby przykryć gitarą wszystko co trzeba. Ale jednak można.

A Viktor z szelmowskim uśmiechem tylko dodał
Dlatego już dzisiaj zaczęliśmy oszczędzać pieniądze, aby na naszą rocznicę kupić cello (na zdjęciu).

Za co natychmiast dostał na odlew po głowie.

Ale widać było że się kochają

piątek, 21 października 2011

Gadgety i szczęście

Mam już coraz gorszą pamięć, dlatego wszystko zapisuję. Będąc na początku emigracji, już w Austrii, wypunktowałem 27 przedmiotów jakie zapewniają szczęście w minimalizmie.

Potem sam znacznie odszedłem od swoich teorii minimalizmu ogadgetowując się starannie, i płacąc za to wysoką cenę – zobacz artykuł „Cyber życie – zgroza i ohyda posiadania gadgetów”.

Ale w końcu u schyłku życia stwierdziłem, że te gadgety gubią ludzkość, a szczęście dają tylko chwilowe, tuż zaraz po ich kupnie, zanim się je podłączy i wyjdą na jaw ich niedopracowania i limitacje.

To spowodowalo że jako następny krok, obniżyłem swój współczynnik spodziewalności – zobacz „andrzejowe”, gdzie jest ten współczynnik opisany.

I tak to jest ze wszystkim, nawet z ludźmi i żywymi stworzeniami. Żenisz się z kobietą, a potem wychodzą z niej różne konieczności. że wciąż musisz robić "updates", "zmieniać olej", wychowywać, kupować jej różne ozdoby, robić to co ona chce itp. Masz kota – to Cię moze podrapać, albo co gorsze, Twoją tapicerkę, masz psa – to Cię może ugryźć, lub zjeść Twoje kapcie.

I tak to jest ze wszystkim, czy to z żywymi istotami, czy też z martwym przedmiotami.....

Jedynie produkty Apple dają Ci trochę więcej szczęścia, bo nie potrzebują aż tyle maintenance, co ich odpowiedniki – produkty Microsoftu.

niedziela, 9 października 2011

Demokracja czy frustracja


Na przykładzie dzisiejszych wyborów w Polsce, czy też na przykładzie ostatnich amerykańskich wyborów prezydenckich, mniej więcej połowa społeczeństwa jest z reguły z wyborów zadowolona, a połowa nie, a wręcz bardzo sfrustrowana, twierdząc że stała się niesprawiedliwość, że kraj ucierpi, i że w ogóle jest to początek końca.

Tak to pewnie działa demokracja. Demokracja to więc również i frustracja.

Rzecz w tym, że każdej demokracji trzeba pomóc. Niestety jeżeli kraj chce mieć dobrych i mądrych polityków, to cały kraj musi bardzo aktywnie uczestniczyć w procesie politycznym. I nie tylko w czasie wyborów, ale w przeciągu kadencji. Zły polityk musi w czasie swojej kadencji poczuć gniew ludu i musi sobie zdawać sprawę, że jego dni kariery politycznej są policzone. Społeczeństwo musi również podchodzić bardzo trzeźwo do wyborów, jako że od jakości wybranych polityków zależeć będą losy kraju przez następnie kilka lat.

Na przykładzie Stanów Żjednoczonych: w ostatnich wyborach prezydenckich, społeczeństwo zdecydowanie wybrało prezydenta Obamę, mimo, że wiele znaków na niebie i ziemi wskazywało, że jego prezydentura będzie wielkim znakiem zapytania. A teraz właśnie kraj i społeczeństwo muszą cierpieć.

Ale nic się nie bierze bez przyczyny. Zdecydowany wybór Obamy był odzwierciedleniem gniewu i frustracji społeczeństwa na administrację Busha. Wniosek z tego, że wybrani politycy nie mogą patrzeć tylko na swój czubek nosa, tzn. od kadencji do kadencji. Bo od rezultatów i mądrości politycznej zależy nie tylko przyszłość kraju, ale również przyszłość i siła partii skąd dany polityk się wywodzi. Amerykańska Partia Republikańska poczuła to na własnej skórze.

Na szczęście trójczłonowy amerykański system polityczny, gdzie decydującą siłą polityczną są: Senat, Izba Reprezentatów, jak też sam gabinet Prezydenta, pozwala w dużym stopniu na fluktuację, utrzymanie balansu i nieodzowną korektę, jeśli rezultaty obecnego systemu politycznego skręcają w niepożądaną aleję. Na szczęście, mimo że wybory prezydenckie są co cztery lata, to wybory do kongresu (Izby Reprezentatów i Senatu) są co dwa lata. Po wyborach w 2008, wszystkie trzy grupy polityczne znalazły się w rękach Partii Demokratycznej. Ale zeszłoroczne wybory do kongresu pozwoliły krajowi na korekcję. Społeczeństwo wypowiedziało się na rezulaty rządów obecnego prezydenta. Mimo że senat pozostał w rękach Demokratów, to przejęcie Izby Reprezentantów przez partię Republikańską było tak zdecydowane, że historia wyborcza USA nie zanotowała tak drastycznej porażki jednej partii politycznej co najmniej od czasu drugiej wojny światowej.

Demokracji nikt nam nie sprezentuje za darmo. Demokracji i polityki trzeba się nauczyć. I to nie dotyczy tylko partii i stronnictw politycznych, ale również media i nas wszystkich.

środa, 5 października 2011

Dobre strony kryzysu

Wbrew pozorom kryzys ma kilka dobrych stron.

Pierwsze: Zachowanie się Greków na zapowiedzi rządu, żeby zaciskali pasa. Z ich reakcji widać, że już więcej nie uda się zwalać winy za głupotę banków, wielkich korporacji, oraz rządów na zwykłych ludzi. Te czasy zdaje się już mijają, kiedy to każdemu dało się wcisnąć ciemnotę. Dawniej przyjmowaliśmy to spokojnie, teraz kamienie idą w ruch na ulicach....

Nawet dziś była delikatna wzmianka w prasie, że budget Pentagonu będzie poważnie okrojony. Nie stać nas na drogie wojny! Zamiast wysyłac armie, załóżymy wrogom jakiś bank i on ich doprowadzi do kryzysu. A jak nie ma forsy, to nie ma na amunicję, czyli będzie spokój.

Drugie: Inne fajne strony kryzysu, to świetne ostatnio nowe widowiska w TV. Jeden taki program o nazwie "The Chew", który ostatnio często pokazują. Za stołem, frontem do widowni, siedzi kilku wyżeruchów, płci obojga i konsumują obiad z deserem przed widownią, Mlaskając (delektując się) i cmokając z zachwytu jakie to wszystko dobre. Polecam tenshow tym wszystkim, których nie stać na „gourmet” żarcie z racji braku gotówki.

Od samego patrzenia ssie w żołądku, ale można się napić wody. Tego typu show nasyci ducha tym wszystkim, komu kończą się świadczenia socjalne. Dla 16 milionow widzów w końcu też coś się dla ducha należy....

Cykl widowisk okresu kryzysu dopełnia TV show pod tytułem "Pan-Am", o dawnej linii lotniczej, kiedy w transporcie powietrznym był wersal i kultura. Nostalgia za latami 60-tymi w postaci pięknych dziewczynek ubranych na niebiesko, żadnych turbulencji w powietrzu, champagne się leje w sektorze biznes class i aż miło się patrzy jak to się kiedyś latało na drugą stronę wielkiej wody. Reasumujac, warto obejrzeć coś, czego już nie ma, choćby po to, żeby docenić przeszłość.

Trzecie: Dobrą stroną kryzysu, to tajemny wzrost różnych opłat bankowych. Tą metodą można się pozbywac pieniędzy nie otrzymujac nic w zamian. To nam odgęszcza domy, szafy, lodówki itp.

Dlatego wszystkie tak zwane "intangible" opłaty powinny być wysokie, żeby nie było od nich odejścia i to bez potrzeby wychodzenia z domu.

Jak się czegoś dobrego jeszcze dopatrzę w kryzysie – to zaraz dopiszę....


Mała czarna społecznościowa™ - Marketing w kolorze „Pink”

Siedząc sobie na kawie w jednej z washingtońskich kawiarenek, zauważyłem, że już od kilku dni pojawiło się wiele osób, z reguły kobiet, noszące ubrania z różnymi napisami z hasłem ‘pink’.
I to bynajmniej nie niedwuznaczne hasła typu „I am pink”, którymi afiszują się dziewczyny w okresie gorących dni i kusych ubranek.

Październik w USA jest tradycyjnie miesiącem ‘Breast Cancer Awareness’, czyli miesiącem świadomości raka piersi – jako choroby cywilizacyjnej.
Duża część społeczeństwa podchodzi do tego miesiąca świadomości bardzo poważnie. Na ulicach można wyraźnie zauważyć ludzi noszących różne okolicznościowe plakietki koloru różowego, jak również właśnie ubrania z napisami z hasłem ‘pink’.

Wiele firm amerykańskich również podchodzi bardzo poważnie do tej kampanii na rzecz walki z rakiem piersi. Dla wielu firm jest to wręcz ważne narzędzie marketingowe. Część zysku ze sprzedaży produktów czy serwisów jest właśnie przeznaczona na rzecz walki z rakiem piersi.

Czy te kampanie, oprócz ogólnego dobra dla społeczeństwa przynoszą też korzyść dla biznesu firm?
Jak najbardziej. Według badań marketingu społecznościowego, aż 83% consumentów na rynku amerykańskim życzyłoby sobie, aby produkty, które używają były utożsamiane z jakimś programem dla wyższych celów, dla dobra dobra ogólnego społeczeństwa.
Aż 80% konsumentów amerykańskich gotowa jest zmienić dotychczas używany produkt lub serwis, na inny, jeśli ten produkt jest utożsamiany z wyższymi celami społecznymi.

Marketing w kolorze Pink, czy też ‘Breast Cancer Awareness Month’ to tylko jeden z przykładów. W przeciągu całego roku, istnieje wiele innych podobnych programów, popularyzujący wyższe cele społeczne, a praktycznie gromadzące olbrzymie dotacje na cele badawczo-naukowe.

Rezultaty: bardzo namacalne. W ciągu ostatnich 10 latach bardzo gwałtownie spadł procent przypadków śmiertelnych spowodowanych rakiem piersi, czy też chorobami sercowymi. I to nie tylko dzięki olbrzymim dotacjom charytatywnym (głównie wielkich firm), ale przede wszystkim na skutek zwiększenia się świadomości nie tylko w społeczeństwie, ale w podejściu służb zdrowia i firm ubezpieczeniowych do profilaktyki.

Polska też uczestniczy w Miesiącu Świadomości Raka Piersi, który również wypada na październik.

Rzecz godna naśladowania... a dla biznesów powiedziałbym wręcz nieodzowna, w dzisiejszej erze gwałtownego wzrostu trendów społecznościowych firmy po prostu nie mogą sobie pozwolić na wykluczenie marketingu w kolorze ‘pink’.

wtorek, 4 października 2011

Kanada - może "goofy", ale admirowana przez świat

A więc dzisiaj Kanada na tapecie.
Jako mieszkaniec na południe od granicy kraju klonowego liścia, i jako były mieszkaniec Kanady, mam dobre porównanie kanadyjskiej recepty na życie, w stosunku do amerykańskiej.

Pierwsza rzecz, która mi się rzuciła w oczy po przyjeździe do USA, to bardzo pobłażliwy stosunek Ameryki i większości Amerykanów do Kanady. Podejście to jest często aroganckie, jako, że Kanadę oceniają tutaj jako kraj nie liczący się, czy wręcz pod wieloma względami śmieszny. Trochę to może wina samych Kanadyjczyków, bo wyraźnie u nich czuć kompleks w stosunku do Ameryki.

I niepotrzebnie. Bo jeżeli jakaś grupa narodowościowa wybiera świadomie, lub poprzez swoją historię ścieżkę, która według nich ma najwyższą dla nich wartość, to powinni być z tego wyboru dumni, nawet jeżeli trzeba iść pod prąd ogólnego trendu.

Piszę ten artykuł dlatego, bo mimo ogólnej pobłażliwości USA do tego kraju, notowania Kanady na świecie są wysokie. Opinię tą opieram oceną pewnego instytutu, który do dzisiaj był mi nieznany – Instytut do spraw Reputacji (Reputation Institute). Według jednego z raportów tego instytutu, z którym miałem okazję się zapoznać, Kanada plasuje się na pierwszym miejscu w światowym rankingu pod względem kraju o najwyższej reputacji.

Instytut ten szacuje reputację danego kraju opierając się na międzynarodowej opinii, która bierze pod uwagę następujące elementy: zaufanie, neutralność wobec innych krajów świata, poczucie własnej wartości, admirację dla danego kraju, jak również subiektywną opinię co do ich mieszkańców, jakości i stylu życia – na przykład  PKB musi być odpowiednio wysoki; kraje o niskim PKB wypadły blado, bezpieczeństwo osobiste, podejście do ochrony środowiska, etc.

Według Instytutu ds. Reputacji, na drugim miejscu plasuje się Szwecja, Australia na trzecim. Ogólnie kraje skandynawskie wyszły bardzo dobrze w tej ocenie. Oprócz Szwecji, w pierwszej dziesiątce znalazły się trzy inne kraje skandynawskie: Norwegia, Dania i Finlandia.

Kraje europejskie najbardziej dotknięte dzisiejszym kryzysem plasują się następująco: Włochy (14), Hiszpania (16), Irlandia (17), Portugalia (19), Grecja (21).

USA na tej liście jest na miejscu 23. Polska jest na miejscu 26 – co jest najwyższą pozycją wśród krajów byłego bloku sowieckiego – Rosja jest na 45 miejscu.

Od autora: ciekaw jestem bardzo, jaka by była pozycja Polski przed Smoleńskiem.

Być może trudno mi było się zgodzić ze wszystkimi oszacowaniami Instytutu ds. Reputacji. Na przykład, trudno mi się zgodzić z oceną Argentyny, plasującą ten kraj powyżej Polski (miejsce 24).

Kontynentalnie (pomijając Kanadę) przoduje Europa: Szwecja na drugiej pozycji, i sześć innych krajów europejskich w pierwszej dziesiątce. Australia jest na drugim miejscu jako kontynent: Australia – trzecie miejsce, Nowa Zelandia – piąte miejsce.

Nie będę wysnuwać za wiele konkluzji, oprócz jednej, że być może warto monitorować pozycję Polski w tym rankingu – jak i czy się zmienia na przestrzeni lat.
Zwłaszcza, że wygląda na to że Instytut ds. Reputacji jest rozpoznawalny i w pewnym sensie poważany przez kraje europejskie. W US instytut ten jest praktycznie nieznany. A nawet gdyby był znany, to prawdopodobnie nikt by się nie liczył z jego opinią.

poniedziałek, 3 października 2011

Korytarze technologiczne

Oprócz sławnej na cały świat kalifornijskiej Doliny Krzemowej (Sillicon Valley), w USA istnieje pojęcie tak zwanych korytarzy technologicznych (technology corridors).

Korytarz technologiczny, to umowna formacja miejsc albo miejscowości o bardzo dużym zagęszczeniu firm i biznesów technologicznych (high-technology). Najczęściej korytarze technologiczne, są usytuowane wzdłuż autostrad. Ale nie tylko. Technology corridors mogą być umownie wyznaczone na osi kilku blisko siebie położonych miast lub ważnych ośrodków uniwersyteckich.

Najbardziej znanym mi korytarzem technologicznym w mojej okolicy, jako że wręcz „mieszkam” w tym korytarzu, jest technology corridor wzdłuż autostrady I-270, biegnącej od obwodnicy washingtońskiej, na północ do miasta Frederick, gdzie na odcinku 30km ulokowało się mnóstwo firm technologicznych. Trzy z nich były w przeszłości źródłem mojego zatrudnienia.
Największą metamorfozę I-270 technology corridor przeszedł w czasie mojej obecności, na początku nowego stulecia. Wtedy to w korzytarzu wyrosła jak po deszczu niezliczona ilość firm biotechnologicznych. Od tego czasu, korytarz I-270 zaczął być nazywany Aleją DNA (DNA alley). Znajdują się tam światowej sławy firmy biotechnologiczne: MedImmune (należąca do londyńskiej firmy farmaceutycznej AstraZeneca), Human Genome Sciences, zajmująca się badaniem ludzkiego genomu – sekwencji tworzonych przez 30 tysięcy ludzkich genów. Korytarz jest uzupełniony słynnymi ze swoich badań naukowych amerykańskimi instytutami i uniwersytetami, między innymi słynnych National Institutes of Health – NIH (Narodowe Instytuty Zdrowia), czy też John Hopkins University (medycyna i biotechnologia), National Institute of Standards and Technology – NIST (słynny amerykański Główny Urząd Miar), czy również słynna szkoła wyższa biznesu Robert H. Smith School of Business (jest częścią University of Maryland).
Przypomnienie autora: NIH jest miejscem zatrudnienia dla wielu polskich badaczy i naukowców.

Patrząc na firmy biotechnologiczne, które prawie że wciskają się w dzielnice mieszkalne, zastanawiam się czasem, czy czasami nie ma tam produktów, które by były bardzo niepożądane, gdyby wydostały się ze specjalnych, hermetycznych pomieszczeń. Ale potem pomyślałem sobie, że nie mogło to być nic gorszego niż nasze ośrodki przemysłowe za czasów komuny (np. Puławy).

Na początku lat dwutysięcznych, w czasie szczytu boomu biotechnologicznego, NIH rozporządzął budżetem na granty biotechnologiczne (dla swoich potrzeb i dla innych firm) w wysokości 14 miliardów dolarów rocznie.

Mimo takiej olbrzymiej koncentracji biotechnologii, można powiedzieć w sąsiedztwie mojego podwórka (MedImmune jest położony 6 km od miejsca mojego zamieszkania), metropolia washingtońska skupia tylko 1/3 całej biotechnologii amerykańskiej. USA z kolei skupia 70% światowych biotechnologicznych ośrodków badawczych i produkcyjnych.

Przeprowadzając się do tego miejsca 15 lat temu, ówczesny korytarz technologiczny był dosyć skromny z kilkunastoma dużymi firmami elektronicznymi i telekomunikacyjnymi. Okolica w której mieszkam, należała do sielankowej części Marylandu, gdzie na pagórkowatym, bardzo zielonym terenie usadowiły się rozległe farmy i rancza. Jadąc wtedy z pracy do domu, przejeżdżałem koło pól gdzie pasły się krowy, czy rosła kukurydza. I wciąż mieszkając blisko Washingtonu (40km do Białego Domu).
Biotechnologia i era .COM zmieniła wszystko.

Marylandzki I-270 korytarz technologiczny, to tylko jeden z niezliczonej rzeszy takich korytarzy na terenie całego USA. I bynajmniej nie największy. Tylko pół godziny jazdy samochodem, już w stanie Virginia, znajduje się inny, potężniejszy korytarz technologiczny, zwany Dulles Technology Corridor. Tam z kolei króluje informatyka. Dulles Technology Corridor jest być może największym na świecie skupiskiem informatyki.

Ale o Dulles Technology Corridor i innych amerykańskich korytarzach technologicznych już w następnych artykułach.