czwartek, 25 sierpnia 2011

Too close for comfort - czyli mieszkanie na uskoku tektonicznym

Po napisaniu artykułu „Mała czarna społecznościowa – Dzisiaj trzęsione”, następnego dnia mój kolega wysłał mi email, uzmysławiający mi, że epicentrum zeszłorocznego trzęsienia ziemi w Maryland, o którym również wspomniałem w artykule, było znacznie bliżej, niż 7km.

Po zbadaniu mapki poczułem się nieswojo, bo wygląda na to że dużo bliżej epicentrum mieszkać już nie mogę. Na poniższej mapce zaznaczyłem czerwonym krzyżykiem gdzie stoi mój dom (wciąż jeszcze stoi). Czyli mój dom jest położony zaledwie 300 metrów od miejsca zeszłorocznego epicentrum trzęsienia ziemi w Maryland.
No więc zupełnie się nie cieszę się tym faktem, że mieszkam na uskoku tektonicznym. Ale gdzieś mieszkać trzeba. Zeszłoroczne trzęsienie zdarzyło się koło piątej rano i nawet się nie obudziłem. Ale trzęsienie parę dni temu, mimo że epicentrum było 180km od Washingtonu było dużo groźniejsze, ze względu na siłę. Nawet słynna iglica washingtońska (Washington Memorial) ma parę uszkodzeń strukturalnych, które muszą naprawić.

W miejscu epicentrum jestem praktycznie codziennie, jako że chodzę tam z psem na spacery. Wystarczy przejść koło tego zielonego paska na mapie (boisko), i schodzi się na dół, w gęstą zieleń. Płynie tam mały strumień, na którym jest mostek. Jest to trochę takie uroczysko. Strumień często wylewa, jako że bobry robią tam tamę – a więc zagnieździło tam się mnóstwo żab, które przez całą wiosnę i lato dają niezły koncert, który się niesie aż do domu. Często można tam spotkać sarny i lisy przychodzące do wodopoju.

Tak że miejsce to wygląda bardzo zacisznie i tajemniczo. Aż się wierzyć nie chce, że zaledwie kilka kilometrów w głąb ziemi zderzają się potworne siły ruchów tektonicznych kontynentów, których wielkość naukowcy szacują na równoważną siłę dziesiątek tysięcy bomb wodorowych.

Ktoś dawno temu postawił w tym miejscu rzeżbę mosiężną, przedstawiającą skaczącą żabę, jako że ich jest tam bardzo dużo. Czyli wystawiono Pomnik Żaby (na załączonej poniżej fotografii).

Dlatego proponuję nazwanie tego uskoku tektonicznego „Uskokiem Skaczącej Żaby”

Dzisiaj trzeba mieć wiarę aby wierzyć


Wiara polega na takim procesie myśli, żeby być przekonanym o istnieniu faktów lub rzeczy niemożliwych do sprawdzenia przy obecnym stanie wiedzy i techniki. Zjawiska i fakty oparte na experymencie nie wymagaja wiary, ale cała reszta tego czego nie rozumiemy bez wiary nie może istnieć.

Ludziom łatwiej uwierzyć w pozytywne zdarzenia niż negatywne. Optymizm nakazuje nam wierzyć, że istnieje niebo w sensie raju dla duszy, że nam się poprawi czyli obecny stan zmieni się na lepszy, jeżeli nie za życia to przynajmniej po śmierci, że istnieją rzeczy niewidzalne dla naszych zmysłów itp. Religie każą nam wierzyć w dogmaty, czyli coś czego nikt udowodnić ani zademonstrować nie potrafi. Nawet nazywają to nauką – teologią, w co ja osobiście wątpię, czy należy zaliczyć tą dziedzinę wiedzy do nauk, skoro przez wieki nie posunęła się naprzód ani trochę, podobnie jak UFO-logia.

Przeglądając wiadomości w mediach warto posługiwać się wiarą, czyli wierzyć w te nieliczne, ale tylko dobre wiadomości. To się nam ze wszech miar opłaca, bo nas podnosi na duchu, nie przygnębia, daje nadzieję nawet jeżeli wchodzi w grę relatywizm, że jakoś my mamy lepiej niż inni, itp.

Wiara w rzeczy złe praktycznie nikomu nie jest potrzebna, bowiem te fakty możemy łatwo sprawdzić że istnieją. Nawet jeśli ich od razu nie widzimy, to skutki do nas docierają wymierne i sprawdzalne.

Jako emigrant, który wyjechał dawno temu z rodzinnej Polski, na bieżąco czytam i oglądam wiadomości w polonijnych gazetach, internetowych wydaniach gazet polskich, dziennikach Tv itp. W wiadomościach tych wiara odgrywa niebagatelna rolę. Komu wierzę; Tuskowi, a nie Kaczynskiemu. Dlaczego? – bo Tusk uosabia pozytywne myśli, wyobraża sobie i przedstawia nam Polskę jako wyspę, oazę na wzburzonym morzu kryzysowych fal, na której Polsce nie jest źle w tych trudnych czasach, a zapewne będzie jeszcze lepiej, drogą małych kroczków, powolutku, ale jednak do przodu. Kaczyński widzi wszystko żle, beznadziejny rząd, drożyznę, rozkład kraju, biedę, obce mocarstwa chcące zawładnąć krajem różnymi sposobami, itp.

W co więc warto mi wierzyc? A właściowe lepiej spytać komu wierzyć? Prawda nie jest jedna; z reguły zawsze są dwie prawdy, czyli; prawda i gówno prawda. My zaś świadomie wybierajmy tą lepszą prawdę, tą, która kiedyś ma szansę stać się tą drugą (gówno-prawdą), świadomie dajemy wiarę tej lepszej prawdzie, bo wtedy żyje nam się psychicznie zdecydowanie lepiej.

Weźmy chociaż Amerykę za przykład. Ja tam wierzę, że w Ameryce nastąpi cudowna poprawa ekonomiczna, ale tylko za pomocą wydruku pieniądza, bez żadnego konkretnego działania. Obetniemy trochę wydatki i wtaksujemy się w dobrobyt. Chińczycy jak lemingi wykonają za nas każdą prace, i stan ten będzie trwał tak długo jak długo będa istniały wielkie koncerny i globalizacja. Wierzę że każdy następny prezydent będzie miał lepsze sposoby wyjścia z kryzysu niż poprzedni.

A co będzie jeśli już umrę, i się przekonam, że po śmierci nie ma tej drogi w tunelu na końcu której świeci światło wiekuiste niebiańskie, a jest tylko nicość i koniec drogi (dead end)... czyli nie sprawdzi się to wszystko, w co dzisiaj wierzę za życia. I co wtedy dalej?

Zakładając że wierzę, że jest inteligentne życie w kosmosie, to chciałbym również uwierzyć, że ci z kosmosu naszej cywilizacji nie zagrażają, że są przynajmniej na tyle inteligentni, że nie widzą sensu niszczenia naszej planety. Mam nadzieję, że widzą że my sami wystarczająco niszczymy siebie i planetę, tak że ich interwencja byłaby zbędna.

Tak więc wszystko obraca się wokół tego samego, że opłaca nam się wierzyć tylko w rzeczy pozytywne, które są dla nas korzystne, nawet jeśli są bardzo odległe. Po prostu nie mamy innego wyjścia.

Marzy mi się wydawanie dwóch gazet; jedna dla wierzących – same dobre wiadomości, drukowana większą czcionką, a drugą gazetę dla niewierzących – tylko fakty i realia (mogą być pisane drobnym druczkiem jak na odwrocie każdego prawniczego dokumentu). Prenumerata tej gazety byłaby osiągalna wyłącznie dla pesymistów i malkonetentów.


środa, 24 sierpnia 2011

Mała czarna społecznościowa - I can't hear wedding bells

Siedząc sobie na kawie w jednej z washingtońskich kawiarenek, nie mogłem usłyszeć dzwonów weselnych. Dzwonów oznajmiających ślub starszego syna.

Nie mogłem usłyszeć tych dzwonów, bo dzwoniły na dalekiej, zagubionej i małej (34km x 23km) wysepce na Karaibach – Barbados, oddalonej od Washingtonu o drobne 3 300km. A właściwie jako że ślub odbył się na plaży, wśród drzew palmowych, to dźwięk dzwonów został zastąpiony szumem palm i fal morskich.

Świat się zmienia, to znaczy kurczy. Barbados stała się wyspą niesamowicie popularną wśród nowożeńców z USA. Procedura też jest bardzo prosta, załatwia się wszystko szybko i łatwo w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych Barbados, a potem po powrocie, jest to tylko kwestią formalnego zarejestrowania w miejscowym urzędzie.

Ale najciekawszą częścią tej historyjki (ładna mi historyjka) jest to, że dowiedziałem się o tym fakcie dwa tygodnie temu, a ślub odbył się 21 lipca, czyli dwa miesiące temu. Młodzi się tłumaczyli, że aby niespodzianka była całkowita, czekali na zdjęcia, i dopiero wtedy oznajmili swoje szczęście rodzicom, rodzinie, i całemu światu.

Po dwóch tygodniach, jak już radioaktywny kurz (radioactive fallout) trochę osiadł, zapytałem się syna...

no dobrze, a czy teraz możecie mi powiedzieć jaki był cel tej całej tajemniczości, niepowiadomienia rodziny, i ślubu tylko we dwoje na Barbados?

I otrzymałem taką odpowiedź:

Well, doszliśmy do wniosku z Anią, że skoro już wydajemy pieniądze i poddajemy się temu całemu zamieszaniu związanym z wyjazdem na urlop w takie piękne miejsce jak Barbados, to dlaczego nie powiązać tego z naszym ślubem. W końcu ślub to bardzo ‘special’ okazja na całe życie, jest to piękny akt rozpoczęcia małżeństwa, i po prostu stwierdziliśmy że ten akt i celebracja powinny odbyć się w pięknym i ‘special’ miejscu, takim jak Barbados.
Oczywiście takie postanowienie nie pozwoliło nam logistycznie na zrobienie tradycyjnego ślubu z rodzinami. Zresztą zrobienie tego w całkowitej tajemnicy dawało nam odczucie, że jesteśmy tylko dwoje, skazani na siebie, robiący to tylko dla siebie, i że będzie to dla nas bardziej uroczystsze i intensywniejsze.
A co do rodziców, to stwierdziliśmy, że i tak wiedzieli, że ślub miał odbyć się w maju w przyszłym roku, mieliśmy ich aprobatę i błogosławieństwo... i wiedzieliśmy na pewno będą się cieszyć z tego co postanowiliśmy.

I nie pomylili się. Rzeczywiście ucieszyliśmy się bardzo. Ja tylko powiedziałem, że płazem im to nie ujdzie, i że w dalszym ciągu liczymy że może któregoś dnia coś dla nas małego i skromnego zrobią, mały obiad w restauracji, czy coś takiego.

W związku z tym wydarzeniem, przez ostatnie dwa tygodnie rozmyślałem wiele na temat uroczystości ślubnych w dzisiejszych czasach, jak też rozmawiałem z wieloma osobami na ten temat, czy w USA czy w Polsce. Opinie były różne, od opinii całkowicie potępiających uczynek młodych, do opinii całkowicie aprobujących to co zrobili. W sumie opinii aprobujących było dużo więcej, a wręcz mając też znajomych którzy mają dzieci gotowe do przystąpienia w związek, ze zdziwieniem dowiedziałem się, że tego typu ślub jaki zrobiły moje dzieci jest na myśli wielu młodych ludzi.

Ale są też oczywiście wielkie weseliska, z pompą i fanfarami, jak też olbrzymimi zgromadzeniami establishmentu biznesowego i politycznego... wszystko zależy kto wchodzi w związek i jakie jest ich ‘exposure’ na świat zewnętrzny i polityczny.
Jak też są śluby-farsy. Dlatego temat ślubów jest taki popularny w reality shows. Bo to często farsa i teatr.

I tak sobie pomyślałem... może to i dobrze, że młodzi biorą sprawy w swoje ręce i robią jak im pasuje, a nie jak rodzina by oczekiwała?
A na żartobliwą nutkę... jako że statystyki rozwodowe są bardzo niesprzyjające, bo około 50% małżeństw się rozwodzi w USA, to tego typu ślub też jest dobry dla rodziców, bo zmiejsza ryzyko, że ich wydane pieniądze pójdą w nicość.

Ale odkładając żarty na bok, ile to musi istnieć rozpaczy i traumy właśnie wśród rodziców, a potem dziadków widzących rozpadające się małżeństwa, które nie tak dawno były tak celebrowane wspaniałymi uroczystościami ślubnymi. Bo my rodzice też w końcu jesteśmy z tej samej gliny ulepieni, i nie spływa po nas wszystko jak po kaczce.

Ale tak naprawdę na samym końcu to chciałbym powiedzieć...
A jakie właściwie my, rodzice i dziadkowie mamy opcje. Według mnie dwie...

Dinosaurs will either adopt, or will quickly become extinct.



wtorek, 23 sierpnia 2011

Mała czarna społecznościowa - Dzisiaj trzęsione


Siedząc sobie na wieczornej kawie w jednej z washingtońskich kawiarenek, przypomina mi się epizod picia kawy sprzed czternastu lat. Wspomnienia te zostały wywołane dzisiejszym trzęsieniem ziemii w Virginii, które odczuło całe wschodnie wybrzeże USA.

Przypomniał mi się wyjazd biznesowy 14 lat temu do San Jose, czyli do samego serca kalifornijskich Silicon Valleys. Zszedłem rano na śniadanie do restauracji hotelowej, tam spotkałem się z moim współpracownikiem aby zjeść wspólnie śniadanie. Pierwszy łyk kawy i zaczynają mi się okropnie trząść łydki. W pierwszej chwili pomyślałem... wow! w tej Kaliforni dają mocną kawę. Ale po chwili spostrzegłem, że serwetka na stole też drży, a za chwilę pokazały się fale stojące w kieliszku wypełnionym sokiem pomarańczowym. Mój współtowarzysz z wypiekami na policzkach wyszeptał dyszkantem... kurcze, to chyba trzęsienie ziemi, coś chyba powinniśmy zrobić!
Ale patrzymy się naokoło; mimo że restauracja wypełniona gośćmi, wszyscy w porannym rozleniwieniu siedzą spokojnie pijąc swoją kawę i konsumując jajecznicę z bekonem.
Tak oto w ten sposób doznałem odczucia mojego pierwszego trzęsienia ziemi, które jak później okazało się pikusiem trzęsieniowym, coś kolo 3.0 w skali Richtera.

Dzisiejsze trzęsienie ziemi w Virgini o sile 5.9 stopni w skali Richtera zalicza się już do bardzo silnych trzęsień, ale wciąż nie katastrofalnych. Miejsce epicentrum znajdowało się 180km od miejsca skąd w tej chwili piję kawę, ale było odczuwalne na całym wschodnim wybrzeżu od Nowej Funlandii w Kanadzie do Florydy. Jest to już drugie znaczące trzęsienie w okresie mojego 15-letniego pobytu w rejonie metropolii washingtońskiej. Już poprzednie trzęsienie, o sile 3.6 w skali Richtera, które Washington poczuł w lipcu zeszłego roku wydawało się spore, może dlatego, że epicentrum było 7km od mojego miejsca zamieszkania. Tak więc dzisiejsze trzęsienie wywarło na mnie wrażenie, i trochę strachu. Mimo że epicentrum było dość daleko, to siła dzisiejszego trzęsienia była stukrotnie większa od tego zeszłorocznego.

Ale na szczęście natężenie wciąż poniżej niszczącego. Trzęsienie o natężeniu 6.5 – 7.0 już mogłoby mieć spore konsekwencje. Kalifornia by się pewnie tylko otrząsnęła i życie by się toczyło dalej. Kalifornia jest gotowa na trzęsienia, budynki powinny wytrzymać nawet te najsilniejsze. Ale w biednych krajach tak jak w Chinach czy Meksyku, straty i liczba ofiar byłaby znaczna.

Mimo tego że dom się trząsł przez dobrą minutę, nie czułem zagrożenia. Domy o konstrukcji drewnianej są bardzo cierpliwe. Ciało zachowuje się bardzo dziwnie, trzęsie się wszystko, włączają te częsci, które mózg kontroluje aby nigdy się nie trzęsły.
Najdziwniejszy jest hałas. Bardzo głośny. Mnie się wydawało, że jakaś ciężka maszyn drogowa jedzie po osiedlu. Niektórzy porównują ten hałas do hałasu helikoptera, który zawisł nad domem.

A tak poza tym to życie biegnie w normie, żadnych większych sensacji. Owszem trzeba było sprawdzić czy struktury tuneli podmorskich, lub pod rzekami nie uległy naruszeniu, np. Holland Tunel łączący Manhattan z głównym lądem.
Ale prasa polska potraktowała to dosyć sensacyjnie: „Panika na amerykańskich ulicach”.

Naukowcy straszą (wygląda, że straszenie to ostatnio jedna z domen naukowców), że amerykański Midwest, czyli środek ameryki będzie musiał przejść przez katastrofalne trzęsienie ziemi, które może nawet spowodować odwrócenie biegu potężnej rzeki Missisipi. Tego typu kataklizm wymagałby trzęsienia ziemi o natężeniu powyżej 11 stopni.

I to tyle. Wszystkim tym, którzy drżą przed rokiem 2012 radziłbym aby spokojnie udali się na nocny spoczynek. A naturalne kataklizmy na ziemi były, są i będą. Czy to takiej skali jak ostatnie tsunami w Japoni, czy też dewastacyjne tsunami w Azji parę lat temu, gdzie zginęło ponad 200 000 osób. Pododbne kataklizmy zdarzały się też w czasach starożytnych, ale wtedy na świecie było mniej ludzi niż tych którzy zginęli w tym katastrofalnym tsunami w Azji.
Ale jest to okropne widząc że tyle osób ginie z powodu naturalnych kataklizmów. Fala tsunami przemieszczająca się po Pacyfiku z prędkością do 900km/godzinę to olbrzymie zagrożenie. USA i Japonia ma bardzo dobry system wykrywania i alarmowy, ale często mieszkańcy Hawaii nie mają więcej niż 15 minut, aby zareagować na tsunami alarm – zresztą, piękne wyspy hawajskie powstały na skutek katastrofalnych erupcji wulkanicznych. Japonia miała ogromnego pecha, jako że trzęsienie było bardzo blisko lądu i alarm został ogłoszony na 3 minuty przed uderzeniem.

A dla wszystkich mieszkających w strefie nietrzęsącej się, a którzy by chcieli doznać tego wrażenia, proponuję koncert rockowy jakiejś głośnej grupy. Będąc lata temu na koncercie grupy AC-DC w Washingtonie, osobiście widziałem fale stojące w toalecie na najwyższym piętrze amfiteatru.  Symulacja trzęsienia ziemi w pociągu na stacji metra, której się raz poddałem w Universal Studios w Orlando też robi wrażenie.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Home sweet home, Warszawa - i to Gdańszczanin mówi?



Rozmawiałem ostatnio z Amerykaninem niepolskiego pochodzenia, który mniej więcej raz w miesiącu przyjeżdża do Warszawy w celach biznesowych. Ostatniego razu będąc w Warszawie, znajomy ten musiał wyjechać na Ukrainę; do Kijowa i Odessy.

Patrick skomentował, że wracając z Ukrainy do Warszawy czuł się jakby wracał do domu. Ukraina, mimo że oderwała się od Rosji, to oderwanie to w żaden sposób nie można porównać z metamorfozą jaką przeszła Polska. Abstrahując od sytuacji ekonomicznej Ukrainy, jej praktycznie nieistniejącej infrastruktury, katastrofalnego poziomu przemysłu i rolnictwa, Patrick stwierdził, że największą przeszkodą w rozwoju tego kraju jest niemoc społeczeństwa w wyzwoleniu się z mentalności okresu sowieckiego. Niestety uszkodzenie kręgosłupa kraju, jego witalności prywatnego sektora, niemocy w zmianie konceptu – że to pojedyncza jednostka ludzka, a nie skorumpowany system centralnego zarządzania jest źródłem rozwoju – uszkodzenie to jest praktycznie nie do naprawienia, przynajmniej nie w jednym, czy nawet w dwóch pokoleniach.

Rozwijając dalej myśl, Patrick twierdzi, że Warszawa jest bardzo przyjaznym środowiskiem dla przyjeżdżających obcokrajowców, przynajmniej on sam, praktycznie nie czuje się wyalienowany. Na pewno rutyna zrobiła swoje, ale według niego Warszawa ma tyle do zaoferowania, że nudzić się czy czuć się obco nie można. Hotele, restauracje, bary, rozrywki kulturalne, transport publiczny – wszystko to działa sprawnie i w sposób akceptowalny i niestresowy dla cudzoziemców. A oprócz tego, jeśli się łyknie trochę polskiego słownictwa i zwrotów, tak jak: „dzień dobry”, „dziękuje bardzo”, „ile kosztuje”, „Tyskie proszę”, i parę innych zwrotów, to operowalność cudzoziemca błyskawicznie rośnie.

Moje wrażenia też są bardzo zbliżone. Mimo stygmy i uprzedzenia do Warszawy, którą każdy Gdańszczanin nosi w sercu, muszę przyznać, że Warszawa w ciągu ostatnich 15 lat zrobiła wielkie postępy. Równe 15 lat temu przyjeżdżając do Warszawy jako przedstawiciel firmy amerykańskiej, miałem okazję trochę w Warszawie pomieszkać, a więc mam 15-letni punkt odniesienia. 15 lat temu, przykro było słuchać kolegów – Amerykanów, mówiących że Warszawa jest brudna, brzydka, i nieprzyjazna biznesowo, i że gdyby mogli wybierać, byłoby to ostatnie miejsce gdzie by chcieli przyjeżdżać. No i oczywiście szły same superlatywy na temat Pragi, Budapesztu, czy innych miast.

Ale to już należy do przeszłości. W ostatnich trzech latach, mając wielokrotnie okazję pobytu w Warszawie, stwierdziłem, że miasto to stworzyło osobliwy, kosmopolityczny klimat i że tętni bardzo intensywnym życiem, czy to w normalne dni, czy w weekendy. Restauracje, mimo że drogie są oblężone, a różnorodnością i jakością kuchni nie odbiegają od innych miast europejskich. Niezliczona ilość malutkich restauracyjek, dużo na zewnątrz. Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście tętnią życiem w dzień i noc. Bardzo dużo imprez kulturalnych, bardzo dużo aktywności młodych ludzi – Warszawa stała się młodym miastem. W przeciwieństwie do innym polskich miast, Warszawa wieczorem bardzo widocznie tętni życiem. W lecie jest bardzo zielono – Warszawa jest na drugim miejscu na liście stolic europejskich pod względem ilości terenów zielonych na głowę mieszkańca, wyprzedzają ją tylko Helsinki.

Pokomunistyczna brzydota Warszawy powoli rozmywa się w miarę rozwoju stolicy. Nie tylko przez budowę nowoczesnych dzielnic takich jak Kabaty, ale stare dzielnice warszawskie gwałtownie się przeplatają z wdzierającym się wszędzie nowoczesnymi (stal szkło i beton), budynkami mieszkalnymi.

Patrick odwiedził nowe muzemu Powstania Warszawskiego, które zrobiło na nim ogromne wrażenie nie tylko z punktu widzenia historycznego, ale również pod względem rozmachu przedsięwzięcia i sprawnej organizacji. Wszędzie widać zmiany – obecnie Muzeum Narodowe przechodzi gruntowną rekonstrukcję.

Nawet Kraków, do którego pojechałem na dwa dni, sprawiał wrażenie cichego, smutnego, opustoszałego miasta. Mimo tego że był to październik, i żaczki już wróciły na swoje nauki, to wcale nie czuło się tego sławnego ‘bohemian life’. Wydawało mi się wręcz, że washingtoński Georgetown bardziej tętni życiem studenckim niż Kraków.

Mój kolega, były Warszawiak mieszkający w USA pyta się... A żule są?... No i niestety musiałem go zmartwić. Przez ostatnie 15 lat bardzo skutecznie wytępiono warszawskich żuli. Nie uświadczysz ich na lekarstwo. Ostatnio widziałem kilku na Alei Niepodległości, i jeśli coś nie będzie wkrótce zrobione, aby ich wziąć pod ochronę, to jeszcze 5 lat i żule znikną bezpowrotnie z folkloru warszawskiego.

Czyżby stolica miała na punkcie honoru odzyskanie statusu Paryża Europy Środkowej?... Myślę, że jest na dobrej drodze.

A gdzie się podziała ta niesławna warszafka – epitet nadany mieszkańcom Warszawy przez Trójmiasto i resztę kraju za czasów PRL?
Myślę, że to określenie wciąż istnieje, ale środek ciężkości tego określenia przesunął się bardzo mocno z pozycji określenia bardzo niechlubnego i pogardliwego, w stronę określenia, które zaczyna mocno brzmieć jak zazdrość dla statusu i możliwości nowożytnego warszawiaka.

I tu chyba skończę, bo mnie wszyscy znajomi i przyjaciele z Trójmiasta o odejście od czci i wiary osądzą.

sobota, 20 sierpnia 2011

Druga młodość


Wiele napisano na temat drugiej młodości, jak też wielu z nas ją przeżywa.

Patrząc więc na swoją drugą młodość, zastanawiam się - skąd ona właściwie się bierze?

Aby zrozumieć mechanizm drugiej młodości trzeba się cofnąc do dzieciństwa lub wczesnej młodości. W tym bowiem czasie zakodowują się w naszej podświadomości nasze wszelkie upodobania i pragnienia. Pragnienia, które z różnych powodów były wtedy dla nas nieosiągalne. Potem już po wielu latach, kiedy to zaczyna stać nas na wiecej, czy też rzeczy których pragnęliśmy za dawnych lat zaczynają być bardziej dostępne, odzywają się nasze dawne pragnienia w rożnej formie. Bardzo często przybierają one formę kolekcjonerstwa.

Ludzie starsi kolekcjonują różne przedmioty, często nawet nie zdając sobie sprawy jakie są powody tego odruchu. Ale gdyby tak ich dokładnie przepytać, to okazałoby się, że właśnie w dzieciństwie czy w młodości, coś u kogoś gdzieś im zaimponowało i to pragnienie zapadło na zawsze w podświadomości.

To oczywiście dotyczy tylko martwych przedmiotów. Absolutnie nie da się tego pragnienia przenieść na ludzi. Jeżeli ktoś kiedyś w młodości się w kimś zakochał, a potem spotka tą osobę dostępną, ale po kilkudziesięciu latach, to już nie jest to samo. Bo nawet najpiękniejsze wspomnienia nie odmłodzą wyglądu fizycznego danej osoby. Ludzie się starzeją, a przedmioty materialnie raczej nie.

Oczywiście proces starzenia się dotyczy tylko osób trzecich. Bo nasze szare komórki podstępnie interpretują nas samych, tak jakby ząb czasu nas nie dotknął. A stare zdjęcia zawsze można zgubić.

W przypadku mojej osoby, pragnienia z młodości przeniosły się na zainteresowanie i kolekcjonerstwo starych zegarków na rękę i starych odbiorników radiowych. Moja wrażliwość na te przedmioty przetrwała lata, jako że kiedyś nie miałem szansy posiadania ani jednego ani drugiego.

Często myślę o tych kolekcjonerach, których nagle wzięło na przedmioty większego kalibru, takich jak stare samochody, kolejki wąskotorowe, czy nawet czołgi typu T34.

Niedawno pokazali w TV takich, którzy nadal są „Czterej pancerni” i pokupowali sobie stare czołgi z demobilu, pięknie je odremontowali i odmalowali, a teraz jeżdżą nimi w lasach nad Pilicą, właśnie tam, gdzie kręcono ten słynny film.

Poznałem też maniaków na przedmioty bardziej kosztowne, takie jak Porshe 944, czy inne modele drogich aut. Głównymi cechami tego spoźnionego hobby jest to, że koszt nie ma znaczenia, i że posiadanie drogiego przedmiotu zaspakaja przygasłe marzenia które się miało w młodości.

Marzenia, których czas nie może przywrócić... a przedmiot jednak może.